Pokazywanie postów oznaczonych etykietą монеты 10 рублей. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą монеты 10 рублей. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 września 2015

Pierwszy polski prom elektryczny połączy Gdańsk z Helem.

Na zdjęciu ZeroCat - pierwszy na świecie zasilany elektrycznie prom do przewozu samochodów i ludzi. Zaprojektowany przez polskie biuro projektowe, wybudowany w polskiej stoczni. Obecnie pływa w Norwegii. Fot. nelton.pl




Budowa promu elektrycznego kursującego między Gdańskiem a Helem nabiera coraz bardziej realnych kształtów. Prom pasażersko-samochodowy ma przewozić około 80 samochodów i 200 pasażerów. O planach realizacji przedsięwzięcia rozmawiali pomysłodawcy i partnerzy idei oraz goście podczas targów Baltexpo 2015. Panel został zorganizowany przez portal GospodarkaMorska.pl oraz Klaster Logistyczno-Transportowy Północ-Południe.

- Z pewnością sama idea połączenia promowego pomiędzy Gdańskiem a Półwyspem Helskim nie jest żadnym „odkryciem Ameryki”. Jednak połączenie kilku nowych faktów sprawia, że tego typu projekt po raz pierwszy nabiera realnych kształtów. Dziś sprzyjają nam nowe technologie pozwalające na budowę niezwykle ekologicznego i innowacyjnego promu hybrydowego - to stwarza bardzo dobre perspektywy finansowania. Tym bardziej, że Gdańsk posiada infrastrukturę w postaci nowoczesnego Terminalu Westerplatte, który za chwilę skomunikowany będzie z głównymi dzielnicami Gdańska poprzez tunel pod Martwą Wisłą, a dzięki ostatnim inwestycjom (nowa Trasa Sucharskiego oraz Obwodnica Południowa) już dzisiaj jest świetnie skomunikowany z obwodnicą Trójmiasta, autostradą A1 oraz trasą S-7 - stwierdził pomysłodawca projektu Mateusz Kowalewski z portalu GospodarkaMorska.pl.

Marek Świeczkowski, prezes Klastra Logistyczno-Transportowego Północ-Południe, tchnął życie w pomysł realizacji tego przedsięwzięcia. Wraz z partnerami projektu podpisał już list intencyjny w tej sprawie. Prom ma mierzyć 80 m długości, będzie dysponował miejscem na 60-80 samochodów oraz ponad 200 pasażerów. Projekt promu ma być stworzony przez polskie biuro projektowe, a budową ma zająć się polska stocznia.

- Jesteśmy autorami projektu pierwszego elektrycznego promu na świecie, który Polacy zbudowali dla Norwegów. Jeśli oni mogą wdrażać innowacje w życie, dlaczego nie my? - skomentował Zbigniew Deinrych, senior advisor, z biura projektowego Nelton. - Już rozpoczęliśmy prace nad tym projektem. Jesteśmy na etapie opracowywania koncepcji studyjnej promu, który będzie innowacyjny i przyjazny dla środowiska – dodał Zbigniew Deinrych.

Zaprojektowany przez biuro Nelton prom mógłby powstać w Stocznia Remontowej Nauta, która posiada bogate doświadczenie w budowaniu innowacyjnych jednostek z zastosowaniem najnowszych technologii.

- Realizowaliśmy różne projekty finansowane przez unię, rządy norweskie, irlandzkie, angielskie. Możemy pochwalić się nawet udziałem w podobnej inwestycji budowy jednostki, która połączyła komunikacyjnie dwa porty – powiedział Reza Sohrabian, Head of Commercial Departament, Stocznia Remontowa Nauta.

Realizacja inwestycji będzie kosztowała około 40 mln zł. W tej chwili trwa poszukiwanie sposobów na sfinansowanie projektu.

- Z racji tego, że jest to innowacyjny projekt badawczo-naukowy i na wielu płaszczyznach prototypowy, liczymy na finansowanie jego budowy ze środków krajowych, ale też zagranicznych np. z programu Horyzont 2020 , czy Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Warto też zwrócić uwagę na środki, które są do zdobycia w Inteligentnych specjalizacjach Pomorza. W Urzędzie Marszałkowskim będą przeznaczone pieniądze na rozwój Pomorza, z których możemy skorzystać – oświadczył Marek Świeczkowski, prezes Klastera Logistczno-Transportwego Północ-Południe.

Jak podkreślają pomysłodawcy, idea powstania połączenia Gdańsk-Hel w zaproponowanej przez nich formie jest wręcz niezbędna. Istniejące przeprawy promowe na tej trasie funkcjonują tylko w sezonie i obsługują tylko ruch pasażerski. Zdaniem entuzjastów budowy elektrycznego promu, na całorocznych przeprawach promu pasażersko-samochodowego zyskają wszyscy: mieszkańcy, turyści, przedsiębiorcy. Drogą morską można by przeprawiać również różne towary do sklepów czy firm zlokalizowanych na w tym rejonie. Korzyści z tego rozwiązania byłyby obopólne dla Gdańska i Półwyspu Helskiego.

- To połączenie spowoduje ożywienie pod każdym względem. Liczymy na zdobycie stałych klientów przeprawiających się tą drogą, którzy zapewnią płynność finansową projektu – komentowali uczestnicy spotkania.

- Oczywiście chodzi też o odkorkowanie trasy z Trójmiasta na Hel. Wzmożony w sezonie ruch powoduje, że od lat trzeba stać w wielogodzinnych korkach, żeby dostać się na Półwysep - dodał kapitan Jerzy Uziębło, wieloletni prezes Krajowej Izby Gospodarki Morskiej.

Rozmowy w sprawie realizacji projektu są zaawansowane. Pomysłodawcy przedstawili założenia koncepcji m.in. zarządowi Portu Gdańsk, w-ce prezydentowi Gdańska, burmistrzowi Helu i Urzędowi Morskiemu.

- Wspomnieliśmy o tym projekcie także marszałkowi Mieczysławowi Strukowi, Wojewodzie Pomorskiemu i wszyscy byli zainteresowani tą ideą. Uważają oni, że jest to świetny pomysł pod względem ekonomicznym i ekologicznym. Projekt był też omawiany w kancelarii Jerzego Buzka, będzie również promowany w Sejmie - powiedział Marek Świeczkowski. Duże zainteresowanie inicjatywą wyraził również, obecny na spotkaniu, profesor Michał Kleiber, który obiecał wspierać tę inicjatywę.

30 września odbędzie się formalne spotkanie organizacyjne, na którym mają zapaść dalsze decyzje dotyczące realizacji projektu.

W panelu uczestniczyli:

Marek Świeczkowski, prezes Klastera Logiczno-Transporotwego Pólnoc-Południe
Sławomir Niecko, W-ce Przewodniczący Rady Klastra Logistyczno-Transportowego Północ-Południe
Jerzy Uziębło wieloletni prezes Krajowej Izby Gospodarki Morskiej
Reza Sohrabian, Head of Commercial Departament, Stocznia Remontowa NAUTA S.A.
Zbigniew Deinrych, senior advisor, Nelton sp. z o.o.
prof. Michał Kleiber, były prezes PAN
Mateusz Kowalewski, redaktor portalu GospodarkaMorska.pl
Dariusz Rudziński, prezes zarządu PRS

piątek, 22 maja 2015

Zabezpieczenie silnika przed kradzieżą - GPS

Wielu z nas zastanawia się jak zabezpieczyć silnik, rower, łódź przed kradzieżą. Niektórzy stosują zmyślne zabezpieczenia mechaniczne. Ja proponuję elektronikę.

Dziś za niecałe 22USD (wraz z przesyłką z Chin) otrzymałem mini lokalizator GPS - gdyby ktoś szukał po angielsku - GPS tracker.

Tracker zamontowany w silniku zaburtowym, rowerze, na jachcie, kajaku, czy czymkolwiek co przyjdzie nam do głowy - chroni daną rzecz przed kradzieżą. To znaczy nie tyle chroni, co pozwala niemal natychmiast skradzioną rzecz odzyskać.

Z powodzeniem od dwóch lat wykorzystuję takie urządzenia do monitorowania różnych swoich "ruchomości".

Do uruchomienia gps-trackera potrzebujmy kupić kartę SIM wybranego operatora (identyczną jak do telefonów komórkowych), która będzie się komunikować z bezpłatnym, internetowym serwerem przez GPRS (jeżeli zależy nam na bieżącej lokalizacji i "alarmach"). W tym przypadku urządzenie co kilka, kilkadziesiąt sekund wysyła swoją pozycję + ewentualnie odczyty z czujników na serwer.

W przypadku bezpłatnego serwera i usługi GPRS jest możliwość zdefiniowania kilku rodzajów alarmów - najpopularniejsze to:
- opuszczenie zdefiniowanej wcześniej strefy (np. portu, miejsca postoju itp.)
- zakłócenia sygnału lub zaniku zasilania (jeżeli ktoś próbuje zagłuszyć sygnał GPS, GPRS lub odetnie zasilanie, wówczas serwer informuje mnie o tym podając ostatnią lokalizację)
- przekroczenie prędkości (jeżeli mówię komuś, aby pływał moją łodzią powoli, to wiem kiedy nie dotrzymuje słowa )

Sprzęt monitorujemy za pomocą strony www, albo (co wygodniejsze) darmowej aplikacji na smartfona.

Powiadomienia bezpłatne są co prawda wysyłane wyłącznie mailem, ale w smartfonie jest możliwość ustawienia sygnału alarmowego dla przychodzącej na zdefiniowaną skrzynkę pocztową wiadomości, więc informowani jesteśmy natychmiast. Dla bardziej wymagających jest możliwość zlecenia powiadamiania esemesem (płatne).

Dodatkowo możemy prześledzić pokonywaną przez traker trasę "z przeszłości" - np. aby sprawdzić, gdzie urządzenie znajdowało się miesiąc temu o interesującej nas godzinie. Pozwoli to armatorowi ustalić, czy np. czarterobiorca uszkodził spodzinę silnika na kamiennej rafie, czy jak twierdzi - "rozpadła się sama".

Zamiast GPRS można korzystać z trackera okazjonalnie poprzez zwykłą sieć GSM. Kupuje się wówczas najtańszą kartę SIM (tzw. starter), doładowuje się ją tylko tyle, aby wystarczyła na dany okres - np. wakacji. Wówczas nie można obiektu śledzić na bieżąco, nie ma alarmów. Można jedynie "zadzwonić do trackera", gdy chcemy sprawdzić, gdzie się podziewa spóźniony czarterobiorca. Traker po otrzymaniu "strzałki" od zdefiniowanego numeru odsyła esemesem aktualną pozycję z linkiem do mapy googla.





Urządzenia tego typu są coraz mniejsze - ten prezentowany egzemplarz GPS-trackera jest jednym z najmniejszych (w rozsądnej cenie) dostępnych na rynku. Posiada dodatkowo możliwość "nasłuchu audio" z miejsca zdarzenia.

Istnieją również takie trackery, które mają wbudowaną kamerę. Droższe egzemplarze są wyposażone ponadto w szereg złączy, umożliwiających podłączenie czujników - np. przechyłu, zalania, poziomu paliwa (do zabezpieczenia przed kradzieżą paliwa w samochodach firmowych), komunikacji z kierowcą, nasłuchu, podglądu, wstrząsu i co tam jeszcze przyjdzie człowiekowi do głowy.

Urządzenie to posiada wbudowany akumulator pozwalający na kilkugodzinną pracę po utracie "stałego zasilania" (np. wyjęciu akumulatora w celu unieszkodliwienia syreny autoalarmu).
Zasilane jest przez USB. W celu zamontowania w silniku zaburtowym - można wykorzystać "elektronikę" z najtańszej samochodowej ładowarki i podłączyć do akumulatora. W przypadku roweru można wykorzystać tzw. power bank stosowany do ładowania smartfonów.



źródło : mazury.info.pl

czwartek, 7 maja 2015

W Siemianach powstaje wieża widokowa. Będzie można z niej zobaczyć dużą część Jezioraka


Jeziorak z lotu ptaka
Autor: archiwum gminy Iława

Zespół Parków Krajobrazowych Pojezierza Iławskiego i Wzgórz Dylewskich (z siedzibą w Jerzwałdzie) w ramach jednego projektu przygotował mnóstwo atrakcji dla turystów, mieszkańców powiatu iławskiego i nie tylko. Jedną z nich będzie wieża turystyczno-widokowa, która właśnie powstaje w Siemianach nad Jeziorakiem.
Projekt, w ramach którego powstanie kilka inwestycji dla turystów, to koszt ok. 500 tysięcy złotych. Pełna nazwa projektu brzmi "Ochrona cennych zasobów przyrodniczych na terenie parków krajobrazowych Pomorza, Kujaw, Warmii i Mazur przed nadmierną i niekontrolowaną presją turystów".

— Osiemdziesiąt pięć procent kwoty to dofinansowanie ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach programu Infrastruktura i Środowisko oraz Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Warszawie — tłumaczy Krzysztof Słowiński, dyrektor Zespołu Parków Krajobrazowych Pojezierza Iławskiego i Wzgórz Dylewskich.

Wieża wysoka
na ponad 14 metrów
Jedną z głównych atrakcji Pojezierza Iławskiego może niedługo stać się wieża turystyczno-widokowa w Siemianach (gmina Iława). Niedawno rozpoczęły się prace budowlane — wieża stanie na plaży wiejskiej przy barze Na Skarpie.
— Prace powinny zostać ukończone wraz z ostatnimi dniami czerwca. Chcemy, aby już w tym sezonie letnim turyści mogli korzystać z wieży i doświadczać niezwykłych widoków — mówi dyrektor Słowiński.

Wieża będzie miała 14,15 m wysokości, będzie z niej można zobaczyć większą część Jezioraka, najdłuższego jeziora w Polsce (27,5 km). Wstęp na ten obiekt, podobnie jak na wszystkie opisane poniżej, będzie bezpłatny.
— W związku z tym, że jest to projekt unijny, to co najmniej przez pięć lat od jego rozpoczęcia nie będziemy pobierali opłat za wstęp na nasze obiekty — tłumaczy dyrektor.

Wieża turystyczno-widokowa, identyczna jak ta z Siemian, powstała już w Wysokiej Wsi (powiat ostródzki) na Górze Dylewskiej (312 m.n.p.m.). Można z niej oglądać piękno Wzgórz Dylewskich.

Iławski Biskupin i inne szlaki
przyrodniczo-historyczne
To nie koniec atrakcji organizowanych przez Zespół Parków Krajobrazowych Pojezierza Iławskiego i Wzgórz Dylewskich. — W Jerzwałdzie, nad jeziorem Płaskim, powstaje pomost prowadzący przez teren bagienny, szuwary, zarośla i trzcinowisko wprost nad akwen. Na końcu pomostu zlokalizowany będzie taras widokowy na jezioro. W tym miejscu chcemy stworzyć ścieżkę dydaktyczną — planuje Krzysztof Słowiński.

Ścieżka dydaktyczna istnieje już nad źródłami rzeki Świniarc, w Napromku (gmina Lubawa) wcześniej wybudowano długą na około 250 metrów kładkę, obecnie wydłużono ją o kolejne 200 metrów wzdłuż rzeki. Dzięki niej zwiedzający będą mogli poznawać życie fauny i flory na terenach bagiennych.

W miejscowości Przezmark (gmina Stary Dzierzgoń) na najwyższej kondygnacji zamku krzyżackiego urządzono obserwatorium (są lunety), w tym miejscu odtwarzane są również filmy o dziejach Prusów i zakonu krzyżackiego.

— W ramach projektu powstaną także szlaki przyrodniczo-historyczne, wykraczające nawet poza granice naszego parku — mówi dyrektor ZPKPIiWD. Jeden ze szlaków będzie nosił nazwę Iławski Biskupin (zlokalizowany będzie w okolicach wsi Gardzień i Piotrkowo), podobne szlaki powstaną w okolicach Sarnówka i Siemian oraz Zalewa i Śliwy.

m.partyga@gazetaolsztynska.pl


Wieża turystyczno-widokowa w Wysokiej Wsi — identyczna stanie w Siemianach.

środa, 8 kwietnia 2015

„Kino pod żaglami” zaprasza do Gdańska

Pomorski Związek Żeglarski oraz Narodowe Muzeum Morskie w Gdańsku zapraszają na cykl filmowy o tematyce marynistycznej w Ośrodku Kultury Morskiej. Po pokazie spotkania z twórcami filmów i ich bohaterami. Cykl rozpoczyna reportaż "Konstruktor żaglowców" w czwartek 9 kwietnia o godz. 18. 
 
Kino pod Żaglami, fot. Marek Zwierz
 
Autor: Marek Zwierz

Reportaż poświęcony jest twórcy największych polskich żaglowców: m.in. Iskry, Oceanii, Fryderyka Chopina, Pogorii i Daru Młodzieży - Zygmuntowi Choreniowi. Film pokazuje "księcia polskich żaglowców" oraz jego zespół podczas powstawania Pogorii. Widzimy jednostkę podczas pierwszych próbnych rejsów, sprawdzania maszynowni, pierwsze stawianie żagli i pierwsze usterki. Zygmunt Choreń będzie gościem specjalnym spotkania.
Zobacz koniecznie: Stowarzyszenie Samoster - plan kolejnych spotkań w "Korsarzu"
Obraz "Jachtem donikąd" (16.04), opowiada o dramatycznej historii jachtu "Raczyński II". W sierpniu 1979 roku, mieszkający we Francji Ryszard Raczyński, zgłosił w PZŻ pomysł wystawienia nowoczesnej jednostki, pod polską banderą, do atlantyckich regat samotników OSTAR. Film opowiada o absurdach PRL-u i budowie jachtu w wiejskiej stodole pod Sandomierzem. Gościem spotkania będzie Jerzy Jaszczuk, kapitan legendarnego żaglowca "Generał Zaruski".
"Pomeranki" (23.04) to film o coraz bardziej popularnej tradycji kaszubskich łodzi z charakterystycznym żaglem. Kiedyś niewielkie łódeczki, pchane siłą wiatru, lub za pomocą specjalnego drąga, służyły mieszkańcom Półwyspu Helskiego do połowu ryb. Dziś wykorzystywane są przede wszystkim jako atrakcja turystyczna. Pomeranki mają swój festiwal, a ich promotorem jest burmistrz Jastarni, Tyberiusz Narkowicz, który będzie gościem pokazu w OKM.
Cykl filmowy zakończymy obrazem "Gdziekolwiek dopełni się twój los" (07.05) o mało znanym wypadku angielskiego żaglowca szkolnego "Marques", który zatonął podczas Operacji Żagiel w 1984 roku. Gościem spotkania będzie reżyser filmu, Michał Dąbrowski.
Projekcje gdańskiej edycji „Kina pod żaglami” odbywają się w Ośrodku Kultury Morskiej w Gdańsku przy ul. Tokarskiej 21/25 (wejście od Motławy i ul. Tokarskiej). Wstęp wolny.
CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO? POLUB ŻAGLE NA FACEBOOKU

Kino pod żaglami
Autor: MAT. PRASOWE 
 Autor: Ewa Górska

 

środa, 1 kwietnia 2015

Kanał Elbląski znowu żeglowny. Rewitalizacja szlaku na finiszu



Kanał Elbląski był zamknięty dla wodniaków przez 2,5 roku. Od czerwca znowu będzie atrakcją turystyczną.
Kończy się, trwająca od 2011 roku, rewitalizacja Kanału Elbląskiego. Ta unikatowa ze względu na system zabytkowych pochylni droga wodna zostanie udostępniona do żeglugi od początku czerwca - zapowiedział Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej w Gdańsku.

Jak poinformował rzecznik gdańskiej RZGW Bogusław Pinkiewicz, żegluga na całej długości Kanału Elbląskiego, łącznie z odcinkami między 5 pochylniami, będzie możliwa od 1 czerwca. Natomiast już na 20 kwietnia zaplanowano otwarcie sezonu żeglugowego poza tzw. odcinkiem pochylniowym. Jak zaznaczył rzecznik, informacje o godzinach otwarcia tej trasy wodnej zostaną opublikowane przez RZGW w komunikacie żeglugowym, prawdopodobnie jeszcze przed świętami wielkanocnymi.

Z powodu kompleksowej rewitalizacji Kanał Elbląski był zamknięty dla wodniaków od jesieni 2012 roku, ale pierwsze prace przy odmulaniu szlaku wodnego prowadzono już od sierpnia 2011 roku. Dotychczas pogłębiono dno i wzmocniono brzegi na odcinkach: Miłomłyn-Jezioro Drużno, Miłomłyn-Ostróda-Stare Jabłonki, Miłomłyn-Iława oraz między jeziorami Ruda Woda i Bartężek. Przebudowano i zautomatyzowano śluzy w Ostródzie, Zielonej, Małej Rusi i Miłomłynie.

Rewitalizacja ma poprawić warunki żeglugowe i bezpieczeństwo wodniaków. Dotychczas kosztowała ok. 99 mln zł. Całkowita wartość projektu, współfinansowanego z Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka, jest szacowana na 115 mln zł. Inwestycja powinna zwiększyć atrakcyjność drogi wodnej, po której w minionych latach pływało statkami turystycznymi nawet 60 tys. pasażerów rocznie.

Autor: MN Źródło: PAP 

wtorek, 20 stycznia 2015

Targi Wiatr i Woda 2015. Zapraszamy już w lutym!

Od 12 do 15 lutego 2015 roku 27. Targi Sportów Wodnych i Rekreacji WIATR i WODA zadebiutują w Centrum Wystawienniczym przy ul. Marsa w Warszawie. To doroczne święto i spotkanie ponad 40 000 przedstawicieli branży, miłośników sportów wodnych i rekreacji z Polski i z zagranicy, jedne z większych targów żeglarskich w tej części Europy.





Nowe miejsce, początek sezonu

Centrum Wystawiennicze przy ul. Marsa to nowoczesny obiekt znany na targowej mapie Warszawy. Dobrze skomunikowany z centrum miasta - dojazd pociągiem i kolejką SKM (stacja Warszawa-Gocławek), samochodem (1500 miejsc parkingowych) czy komunikacją miejską (11 linii autobusowych).

Nowoczesna powierzchnia targowa i infrastruktura konferencyjna to kolejne zalety obiektu. Nowe miejsce to szansa dla wystawców na stworzenie jeszcze ciekawszej ekspozycji z uwagi na lepsze możliwości techniczne w zakresie ekspozycji dużych jednostek pływających. Wychodząc naprzeciw życzeniom Wystawców wracamy ponadto do wcześniejszego terminu organizacji targów – najbliższa edycja odbędzie się w dniach 12-15 lutego 2015 roku. A ponadto dzięki przenosinom do Centrum Wystawienniczego na Marsa możemy zaoferować atrakcyjniejsze, niższe ceny powierzchni wystawienniczej.

To już 25 lat istnienia Targów

Od kilku lat każdorazowo w Targach WIATR i WODA w Warszawie bierze udział ponad 400 wystawców z Polski i zagranicy i blisko 40 000 zwiedzających. Rangę Targów WIATR i WODA podkreśla również fakt przyznawania na nich najważniejszych nagród branżowych, w tym Nagrody Jacht Roku w Polsce (Polish Yacht of the Year), Gwoździ Targów WIATR i WODA im. Jerzego Fijki, Nagród Polskiej Izby Przemysłu Jachtowego i Sportów Wodnych, nagród i wyróżnień stowarzyszeń m.in.: Polskiego Związku Żeglarskiego, Polskiego Związku Motorowodnego i Narciarstwa Wodnego, WOPR i PTTK. Targi odbywają się przy tym pod patronatem najwyższych władz resortowych, uznanych organizacji branżowych, przy wydatnej współpracy wiodących ogólnopolskich, regionalnych i branżowych mediów. W ciągu 25 lat istnienia Targi WIATR i WODA gościły największe gwiazdy sportów wodnych, olimpijczyków, zawodników regatowych, podróżników i odkrywców. Mało jest imprez targowych w Polsce, na których możemy z taką dumą prezentować ofertę polskich firm – znakomitych producentów zaawansowanych technologicznie wyrobów, które podbijają nie tylko europejskie ale i światowe rynki.

Oprócz pięknych jachtów żaglowych, luksusowych łodzi motorowych, pontonów, RIBów, skuterów wodnych i innych jednostek pływających, na targach w tym roku można będzie znaleźć pełną gamę akcesoriów żeglarskich, silników, sprzętu asekuracyjnego i ratunkowego, instrumentów do nawigacji i elektronikę jachtową. Nie zabraknie także ofert producentów i dystrybutorów odzieży żeglarskiej i sportowej oraz prezentacji sprzętu do nurkowania, kajakarstwa i windsurfingu. Atrakcyjne propozycje można będzie także znaleźć na stoiskach obecnych na targach firm czarterowych, których oferty obejmują obecnie niemal każdy zakątek świata, gdzie daje się bezpiecznie żeglować i uprawiać sporty wodne. W targowym sektorze wędkarskim „Na Ryby” nie zabraknie wędek, kołowrotków, spławików, sztucznych przynęt a także sprzętu wyczynowego, żyłek, plecionek, akcesoriów i odzieży dla wędkarzy.

Targi WIATR i WODA to obok ekspozycji wystawców także ciekawe spotkania, prelekcje, warsztaty i pokazy. Wzorem lat ubiegłych i w tym roku podczas czterech dni targowych odbędzie się wiele interesujących wydarzeń dla miłośników sportów wodnych, rekreacji i podróży. Podczas wizyty na targach warto będzie także wziąć udział w targowych konkursach, w których w tym roku do wygrania będą niezwykle cenne nagrody.

Tradycyjnie pierwszy dzień Targów WIATR i WODA w części zarezerwowany będzie dla przedstawicieli branży.

Zapraszamy!

wtorek, 20 maja 2014

Wyścig, jakiego w Polsce jeszcze nie było. Za miesiąc rusza “Jeziorak Challenge”


Za miesiąc – 7 czerwca – najdłuższe jezioro w Polsce będzie areną niecodziennego pojedynku. Biegacz stanie tam do rywalizacji z żeglarzem. Kto pierwszy pokona jeden z siedmiu nowych cudów Polski?

Jezioro Jeziorak to jezioro rynnowe, najdłuższe naturalne jezioro w Polsce, największe na Pojezierzu Iławskim i trzecie po Śniardwach i Mamrach w “Krainie Tysiąca Jezior”. Stanowi część szlaku Kanału Elbląskiego. W 2012 roku Jeziorak uznany został przez czytelników magazynu podróżniczego „National Geographic Traveler” za jeden z siedmiu nowych cudów Polski.
7 czerwca – w niecodzienny sposób – dwóch zawodników, reprezentujących różne dyscypliny sportowe, pokaże, że Jeziorak i jego okolice to doskonały teren do wszelkich aktywności wodnych i lądowych. Obaj pochodzą z Iławy. W ramach wyścigu „Jeziorak Challenge” pokonają trasę o długości 70 km. Michał Złotowski, który specjalizuje się w biegach górskich, obiegnie Jeziorak dookoła. Trasa, którą pokona, wiedzie przez obszar Parku Krajobrazowego Pojezierza Iławskiego, jednego z najatrakcyjniejszych obszarów przyrodniczych w kraju. Karol Górski, znany żeglarz, który wielokrotnie reprezentował Iławę w regatach meczowych, popłynie z południa na północ i z powrotem. Żeglować będzie jachtem regatowym klasy 730. Start i metę zaplanowano w Iławie, na południowym krańcu najdłuższego jeziora w Polsce.

W czasie wyścigu powstawać będą zdjęcia do spotu promocyjnego Jezioraka. Kamery umieszczone zostaną na jachcie, na samochodzie, który będzie towarzyszyć biegaczowi, a także na dronach, które będą wykonywać ujęcia z powietrza. Położenie zawodników będzie można śledzić dzięki specjalnej aplikacji na profilu „Jeziorak Challenge” na Facebooku. Tam też, dzięki kamerom, które rejestrować będą przebieg wyścigu, odbywać się będzie relacja na żywo.

Organizatorem wyścigu jest miasto Iława, a współorganizatorami – firma Sailing Event, Nadleśnictwo Iława oraz Zespół Szkół Ogólnokształcących im. Stefana Żeromskiego w Iławie. Wyścig wspierają firmy Salomon, Suunto, Agisko, PowerGym, Sportslab, Bricomarche, Rainmaker Yacht Club i hotel Port 110. Partnerem technicznym „Jeziorak Challenge” jest firma Kolaj FX, a partnerami medialnymi magazyn „Wiatr” i „Outdoor Magazyn”.

Przygotowania do wyścigu śledzić można na profilu „Jeziorak Challenge” na Facebooku.

wtorek, 10 grudnia 2013

Generał Zaruski





Drewniany tradycyjny kecz gaflowy jest obecnie najstarszym polskim żaglowcem. Nosi nazwisko Mariusza Zaruskiego, byłego kapitanaZAWISZY CZARNEGO, który jeszcze przed II wojną światową położył ogromne zasługi dla rozwoju żeglarstwa w Polsce. Mariusz Zaruski poświęcił wiele energii dla urzeczywistnienia idei szkolenia młodzieży na pokładach żaglowców. To m.in. jego działaniom należy zawdzięczać zakończoną sukcesem akcję zbierania funduszy na zakup żaglowca szkolnego DAR POMORZA. Z jego inicjatywy w 1938 roku złożono zamówienie na mniejszy żaglowiec w stoczni szwedzkiej. Gotową w 1939 roku jednostkę odebrano jednak dopiero po wojnie. Podczas wojny żaglowiec żeglował pod szwedzką banderą i pod szwedzką nazwą: KRYSWSAREN. W 1945 roku został przekazany Polsce i został przemianowany na Generała Zaruskiego, ale w 1948 roku znowu został przemianowany na MŁODĄ GWARDIĘ. W 1957 roku powrócił do dawnej nazwy. Przez wiele lat żaglowiec pływał z młodzieżą po wielu morzach. 3 listopada 2008 roku żaglowiec został kupiony przez Miasto Gdańsk, natomiast jego armatorem obecnie jest Miejski Ośrodek Sportu i Rekreacji. Jacht jest w stanie rewitalizacji.

DANE TECHNICZNE
Rok budowy: 1939 Pow. żagli: 315 m2
Typ: Kecz gaflowy Tonaż: 71 BRT
Dł. max: 28 m Załoga: 30 osób
Dł. kadłuba: 25,3 m Armator: Miejski Ośrodek Sportu i Rekreacji


Wys. max: - Materiał konstrukcyjny: drewno
Szerokość: 5,8 m Budowniczy: Szwecja
Zanurzenie: 3,5 m Silnik: 2 silniki pomocnicze "REKIN" o łącznej mocy 190 KM

wtorek, 3 grudnia 2013

Fryderyk Chopin

Fryderyk Chopin


Fryderyk Chopin jest prawdopodobnie najszybszą jaką kiedykolwiek zbudowaną jednostką tego typu. Jego konstruktorem jest słynny Zygmunt Choreń Twórca jednostek klasy DAR MŁODZIEŻY i POGORIA. wykorzystał własne przemyślenia, uzyskane w trakcie eksploatacji skonstruowanych przez siebie jednostek, toteż Fryderyk Chopin jest niewątpliwie statkiem stanowiącym ostatnie słowo w dziedzinie konstrukcji rejowych statków żaglowych średniej wielkości.

Fryderyk Chopin zajął piąte miejsce w Regatach Kolumba (w regatach uczestniczyło prawie 100 jednostek). Właścicielem statku na początku była Fundacja "Międzynarodowa Szkoła pod Żaglami" Krzysztofa Baranowskiego, jej podstawowym celem było szkolenie młodzieży w wieku 16 -19 lat. Obok obowiązków na statku młodzież miała normalną naukę na poziomie szkoły średniej.

piątek, 8 listopada 2013

„OPERACJI ŻAGIEL” w przyszłym roku w Gdyni!

Już 15 sierpnia przyszłego roku będziemy świętować 40 rocznicę „Operacji Żagiel”, która odbędzie się w Gdyni. Pośród kilkudziesięciu żaglowców pojawią się również te największe, klasy A. To ważne wydarzenie dla wszystkich mieszkańców Trójmiasta, a w szczególności dla miłośników żeglugi. Zaplanowana data tym bardziej trafiona, ponieważ jak wiemy, 15 sierpnia jest dniem wolnym od pracy.

Operacja „Żagiel 1974”, były to jedyne tego typu regaty na świecie, których gospodarzem była Polska. Żaglowce pokonywały drogę od Kopenhagi aż po Zatokę Gdańską, a długość przebytej trasy wynosiła 320 mil morskich. W ówczesnych regatach udział wzięło 58 żaglowców pod kilkunastoma banderami. Nikomu nie przeszkadzała pogoda, która tego dnia była wyjątkowa kapryśna. Mieszkańcy Trójmiasta oraz turyści z zapartym tchem podziwiali jednostki i z niecierpliwością czekali na Dar Pomorza. Wówczas w klasie A wygrał radziecki bark Towariszcz i otrzymał on dzwon zwycięstwa oraz medal. Następne nagrody przyznano Niemieckiemu Gorch Fock oraz „naszemu” Darowi Młodzieży.

Prawie 40 lat temu „Operację Żagiel” zakończyła morska parada na Zatoce Gdańskiej. Otwierał ją radziecki bark Krauzensztern, a za nim płynęło prawie 700 innych jednostek.

Jak będzie wyglądała 40 rocznica tych wyjątkowych obchodów? Na pewno hucznie, ponieważ na chwilę obecną koszty imprezy wycenia się przynajmniej na 3 miliony złotych. Pojawi się przynajmniej 8 żaglowców klasy A oraz inne, mniejsze. W sumie kilkadziesiąt jednostek, które będzie można podziwiać, ale również zwiedzać. Organizatorzy zadbali o to, by mieszkańcy Trójmiasta oraz turyści mogli bliżej poznać żaglowce oraz przybywające załogi. Dodatkowo przyjemności zwiedzania towarzyszyć będą happeningi oraz koncerty. Jednak najbardziej oczekiwanym momentem będzie oczywiście parada morska.

Organizatorom rocznicy zależy na sprowadzaniu jak największej ilości jednostek, które brały udział w regatach w 1974 roku.

- Nie uda nam się jednak zrealizować planu na 100 procent, ponieważ żaglowce np. takie jak Towariszcz nie pływają już – ubolewają organizatorzy. - To nas jednak nie zniechęca, ponieważ stawiamy na największe i najpiękniejsze jednostki, aby zachwycić wszystkich gości – dodają.

Nie udało nam się dowiedzieć jakie dokładnie jednostki będziemy mieli okazję zobaczyć. Ustalenia wciąż trwają, a konkretne informacje zostaną podane na początku nowego roku, po negocjacjach z kapitanami jednostek oraz podpisaniu umów. Na pewno pojawią się: STS Dar Młodzieży i STS Fryderyk Chopin.

Wojciech Szczurek, Prezydent Gdyni jest dumny z przyszłorocznych wydarzeń.

- To będzie święto dla wszystkich, którzy kochają żaglowce. Dar Pomorza będzie sercem Rzeczpospolitej Polskiej Morskiej- powiedział i nie ukrywa, że nie może doczekać się 40 rocznicy „Operacji Żagiel”.

Za niecały rok będziemy świadkami naprawdę pięknego i historycznego wydarzenia. Dla wielu będzie to wzruszający powrót do lat młodości, natomiast dla młodszego pokolenia rzadka możliwość podziwiania tylu pięknych żaglowców w jednym miejscu.

piątek, 4 października 2013

Lessons of the BOUNTY



Picture this: The ship was old, very old. Although she was tired and undercapitalized, she had recently been through an extensive shipyard visit, and a number of issues had been addressed. Arguably, she was in better shape now than she had been in a long time. Still, there was the possibility of issues emerging—issues that can always show up after a shipyard visit. There could be pump-clogging sawdust and shavings in the bilges. There was the possibility that something didn’t get put back together correctly, or something didn’t get tightened properly. This is always the case after a shipyard stay.


She got underway in a bit of a hurry, and she was short-handed. The average experience level was low: The crew consisted of a few with some experience and a few with little or no experience.


The long-range weather forecast was poor, even terrible. But the immediate forecast was for the wind to be favorable, and it was hoped that she could make a lot of miles early on, and then stay ahead or out of reach of the worst of the storm. Even if she did encounter the severe weather, the captain was confident that he and the vessel had been in worse conditions, and felt comfortable that they both could take it.


The second mate was a recent maritime academy graduate with some experience under sail and some in commercial vessels. He was comfortable at sea, but had very little experience in square rig. He was fairly new to the ship, so didn’t feel inclined to question the decisions being made by the captain. He knew the weather was going to be bad, and somewhere inside he was questioning the decision to sail, but he wasn’t about to doubt the person in charge.


The ship sailed, and it wasn’t long before the weather deteriorated. A sail or two blew out and was wrestled in and secured. The bilgewater level began to rise as the ship began to work hard in the heavy seas, and the pumps were working equally hard to keep up. At some point the electric pumps failed, and it was uncertain whether or not the backup pump was keeping up. Things gradually were going downhill, and the crew was getting tired. They were also getting wet as the bilgewater began slopping up into their bunks from inside the ceiling planking. The decks leaked as they always did, and in spite of the crew having lined their bunks with plastic, most of the their gear was soaked, making meaning­ful rest even more difficult.


Then a crew member got injured, seemingly significantly. Now not only was one crew member down, but another had to attend to him. Resources were draining away fast.


The name of the ship was the REGINA MARIS. The year was 1981. And I was the second mate. We made it to Bermuda, but not a moment too soon.


I kept a journal on the trip I just described, and reading it now is just as eerie to me as my account above likely is to anyone who has followed the BOUNTY tragedy. While following the U.S. Coast Guard hearings on the sinking of the BOUNTY, I was haunted by déjà vu. During every hour of testimony I wondered, “Why didn’t they speak up?,” and “That sounds so familiar.” Right up to the moment that BOUNTY’s captain decided it was time to prepare to abandon ship, I can say, “I’ve been there.”


Yet we didn’t get to that point, and as a result I learned little. There was no traumatic stress, there was no press, there was no hearing, there was no public outcry, and there was no analysis. I always thought I had gained experience. Nietzsche said, “What doesn’t kill you makes you stronger.” That may be so, but we have extrapolated that to mean that such experience also makes you smarter.


Not necessarily. My experience on REGINA didn’t make me much smarter, but it did make me bolder. The next time the forecast was bad I could say, “I’ve seen worse.”


I knew two of BOUNTY’s crew, and I knew her captain, Robin Walbridge. The two crew had been students of mine, and Robin was as kind and earnest a teacher as I have ever met. This tragedy hit me hard, and like a lot of people, I needed to find out what went wrong. I teach professional sailing at Maine Maritime Academy in Castine, Maine, and I needed to know what to tell my students about this accident. I wanted to extract the experience from it and pass it along.


——◊——


On October 25, 2012, with Hurricane Sandy north­bound over the Bahamas and already being dubbed either the “Superstorm” or the “Frankenstorm” by the national media, the tall ship HMS BOUNTY put to sea from New London, Connecticut, and headed south. The 50-year-old wooden ship, built as a movie prop, sailed almost directly into the storm and sank with the loss of two lives: the captain, Robin Walbridge; and one deckhand, Claudene Christian.


BOUNTY was sailing not as a U.S. Coast Guard–inspected Sailing School Vessel, but as an uninspected Dockside Attractions Vessel. As such, paying visitors were allowed aboard at the dock, but none were allowed to go to sea in her. Her voyage crew had to be composed of paid professionals and volunteers. In this case there were some of each, but only a few had significant offshore experience in this type of vessel.



Experience


Experience in a vacuum doesn’t make us smarter. Experience has to be processed. It has to be considered with full disclosure. Perhaps writing in my journal accomplished some of that for me, because over the years I have gone back and reread that journal and appreciated how close we came. But that was nothing like what a serious debriefing might have accomplished. Whatever thoughts I may have had never got compared to and complemented by the thoughts that others onboard may have had. We all could have learned a lot from that trip, but I think we just got bolder.


Much of the evidence I heard in the BOUNTY hearings tells me that Capt. Walbridge had gotten bolder. On the last day of testimony, the chief mate described a previous trip south in November when they sailed into the convergence of two northeasters and encountered winds and seas that were worse than what they saw in Hurricane Sandy. They suffered enough mechanical and structural failures in that storm to put them in about the same position I was in aboard the RE-GINA MARIS.


The mate went on to say that when he did, in fact, question the captain’s plan to sail toward Sandy, the captain replied that he had seen worse than what was forecast, and it would be okay. I guess he had learned what I had learned from my “experience.” We can take it. We’re stronger now than we ever have been.


——◊——


Word of BOUNTY’s departure from New London spread quickly on the Internet, and observers tracking the ship’s progress on this magazine’s online Forum were shocked, even scared, by what was happening. Even before the distress call was made, 50 posts chastised Capt. Walbridge for his decision to put to sea and worried that there might be a tragic outcome; nearly 800 additional posts discussed the aftermath of the sinking.




Bridge Resource Management


In the old days the captain held all his cards close, and information about the coming voyage was given out on a need-to-know basis. The mates and the crew obeyed unquestioningly, and if necessary they would be expected to put their lives on the line for the safety of the ship.


But these aren’t the old days. Now there’s a new model called Bridge Resource Management (BRM, also known as Bridge Team Management). Today the captain is taught that his or her crew has useful information and experience of their own to contribute to the planning and decision-making process. Now, crews are expected to do what is required of them to the extent that it doesn’t put them at significant risk of injury.


BRM is required to be studied by all who wish to be internationally licensed seamen, because it has been recognized that several heads are much better than one. The crew (or typically the officers) are expected to have done a share of the work to prepare for the passage, including reading relevant Coast Pilots and Sailing Directions, laying out courses, calculating tides and currents, and checking both the short- and long-range weather forecasts. (The specific tasks are delegated by the captain.) When done properly, this Bridge Team can amass much more useful information than any captain ever did alone. The decisions are then made by the captain, but with a great deal more confidence.


So we train our new ships’ officers to be a contributing part of a team. But do we then hold them responsible for the decisions of the captain? Is the captain now just the president of a democracy? That can’t be. The officers must be allowed, and encouraged, to contribute, and they should be allowed and encouraged to express their views, but in the end it must still be the captain’s responsibility to make the decision, and he or she has the right to expect officers to support that decision…


…until those officers (and possibly the crew) feel that there is an inherently unsafe situation. It is a catch-22. You must contribute to the decision. You must expect the captain to make the decision. You must support the decision. But then, if you think that decision is dangerous, you must do something. And if doing something means refusing to sail, that could be defined as mutiny. It’s a difficult spot to be put in. How do we train people to walk that line?


It requires a culture of professionalism and mutual respect, and that is much harder to teach than Navigation and Rules of the Road. An officer providing advice to a captain must have some tools to work with. One of those tools is referred to in a BRM course as a “shared mental model.” You all should be thinking along the same lines, aware of the same plan, sharing the same goals and strategies for reaching those goals. Then, when reality is veering from the plan, you are empowered and expected to speak up.


On BOUNTY, the goal was a voyage to St. Petersburg, Florida. What was missing was a shared mental model of how best to achieve that goal. The second mate had laid out a voyage plan, but that plan had long since been abandoned. The chief mate’s strategy was to avoid the storm, apparently by staying put. The third mate seemed not to be part of the plan. The captain had a strategy that involved toughing it out and sailing near, or even through, the storm. As a team, there was no common vision of the coming voyage. With no shared model, no one could say for certain when the model was failing.


It’s easy to say that when the pumps are not keeping up with the leaks, your plan is failing. But the failure of a plan should be detected before that. The whole idea of BRM is that someone will spot an error chain before it reaches the point of sinking—not at that point.


——◊——


It was Capt. Walbridge’s habit to hold a crew meeting on deck around the capstan before a major evolution to explain what was about to happen and turn it into a teaching moment. He held such a “capstan meeting” just before BOUNTY’s departure from New London, but this time it was by request of the chief mate, who was concerned about the decision to sail, given the forecast. He felt that the crew deserved to hear about the upcoming weather and be offered the opportunity to stay ashore.



Risk Assessment


Every voyage carries a degree of uncertainty. In everything we do, and even when we do nothing, we assume a level of risk. So we manage risk every day. But when we are in a position where we are managing other people’s risk, especially when we are engaging in activities that carry significantly elevated levels of risk, it pays to get more organized about it.


The U.S. Coast Guard knows a thing or two about risk. Many of their tasks involve substantial risk, and as a result, they have produced a formalized Risk Assessment Model that is employed before any significant evolution, such as a voyage. I have adopted and simplified that process into a hypothetical re-enactment of the BOUNTY capstan meeting on the day of departure from New London. It could have gone something like this:


Captain to assembled mates, engineer, and bosun: “Okay gang, tell me what you know about the state of readiness of your department. We’re talking about a 10-point scale here.”


Bosun: “We’ve recently left the shipyard, so there is always a possibility of issues related to shipyard work. Detritus in the bilges, overlooked issues of tightening things, missed fastenings, that sort of thing. Since we have made a short voyage already, we are reasonably confident that all is well, and the vessel seems to be taking on less water than before. However, when we removed those planks for inspection we found a significant amount of rot, and we were unable to ascertain how widespread it was. It is possible that we have a significant structural problem, but we don’t know. We also did a substantial amount of recaulking and were uncomfortable with some of the seams we worked on. I would take a point off our preparedness scale for these conditions.”


Engineer: “We seem to have some problem in the bilge pumping system that we haven’t identified. We may be pumping at a slower rate than before, and we are having a more difficult time keeping a prime on the pumps, and we don’t know why. The two hydraulic backup pumps and the gas trash pump have not been tested in a long time. All of our generating and propulsion equipment is old, but seems to be working well. We have a problem with spare fuel filters due to having received the wrong ones. I would have to take a couple of points off for the pumping issues, unless we test those spare pumps, ascertain their effectiveness, and teach everyone to use them.”


Third Mate (Safety Officer): “We have several new crew who have not participated in a fire or abandon ship drill yet. We have a relatively small crew, and all are pretty tired after the busy schedule of the past several days and weeks. The net level of experience on the vessel is relatively low at this time. I would have to take a point off for tired crew and inex-perienced crew, since they complement each other negatively.”


Second Mate (Navigation Officer): “The voyage plan I laid out is no longer viable due to Hurricane Sandy. I have not laid out a new plan, but the captain has determined that a route out to sea to the east and south will give us the best options. I have not evaluated that plan, and I am unfamiliar with the forecast for Sandy. I would have to take a point off unless I have time to evaluate the forecast and the proposed route.”


Chief Mate: “I concur with all the reports above. Due to the forecast for Sandy, it is reasonable to expect that we will encounter rough weather (possibly very rough) on this passage. A best-case scenario would have us skirting wide of the storm’s reach but still feeling the effects that surround a hurricane, namely large swells and some wind. In the worst-case scenario we could expect gale, storm, or hurricane-force conditions. Given the potentially severe weather, the concern about rot and possible bad seams, the questionable state of the pumps, and the tired and inexperienced crew, I need to take another two points off for a convergence of issues.”


Captain: “This brings us to a score of 3 out of 10. This demonstrates a very low level of preparedness, or a high level of risk. We must weigh that against the need to sail. Our need to sail is based on our desire to keep to our schedule of having a port visit in St. Petersburg next week. That could be rescheduled without a great deal of difficulty or loss of revenue. How do you think we should proceed?”


The advantage of this kind of an assessment process is that everyone sees their own issues in the context of other issues they may not have been aware of. If each department head thought theirs were the only issues, they may well have been lulled into complacency. But seeing all the issues in one basket gives everyone an appreciation of the sum total of all the various risk factors. In that light, a captain would have needed a very compelling reason to sail, which seemingly did not exist on October 25.


This process also provides a basis for mitigating the risks going forward. What was just laid out in the hypothetical discussion above was a work list to get the vessel ready for sea. The ideal response to the captain’s final question would have been something like this:


“Let’s locate the best possible storm berth, batten down for a possible storm here, and give everyone some rest. Then let’s find the problems with the bilge system, exercise the backup pumps (using that opportunity to train people in their use), get those spare filters, and conduct some drills. While we’re at it, let’s do some hurricane avoidance plotting as a learning experience.”


It is important in this process to avoid getting fixated on numbers. This is not a precise mathematical model. Whether you take off one point or three, the idea is to talk about it and make everyone aware of your concerns, in the context of everyone else’s concerns.


——◊——


Earlier in the month of October 2012, BOUNTY had completed a substantial shipyard period in Boothbay Harbor, Maine. In the course of that yard period, the crew had removed a few planks from each side of the hull to investigate a suspect area. What they found was a surprising amount of rot, considering that that portion of the hull had been rebuilt only five years earlier. This raised questions that did not get answered. Due to time and financial constraints the decision was made to put her back together and take a closer look at the next yard period in a year or two. During the U.S. Coast Guard investigation of the sinking, there was a difference of opinion between the yard foreman, the yard owner, and the surveyor over whether that rot might have been structurally significant. The most that can be said at this time was that there might have been a problem.


Also, while underway from Boothbay to New London, several of the crew commented that the bilge pumping system was not pumping at full capacity, and it was difficult to maintain a prime. Similar to the rot issue, the cause of this problem, or even the existence of the problem, was not determined before departure from New London.



Margins of Safety


Margins of safety are built into almost everything. We buy a piece of line two or three times stronger than its assumed maximum loading requires, so it can chafe halfway through and still hold. We buy an engine with three times the horsepower needed to move the ship at speed, so that when we are caught in a foul current or strong wind and are losing control we have that extra power to push us to safety. We buy an anchor four or five times the size we need to prepare for that day when everything goes against us and a big anchor is all we have left. Then we avoid areas of danger by a wide margin, so if something goes wrong, we have time to come up with a solution before we’re in peril. Much as in risk assessment, you can’t appreciate how much of your margin of safety you have used up without evaluating all the contributing factors.


BOUNTY was massively built. She could be half rotten and still be strong. Her bilge pumping system was designed with no fewer than four separate pumps, any one of which was expected to be sufficient. Then, just in case, another was put onboard as a spare. Numerous spare fuel filters were purchased, even though one was all that was theoretically needed. She had two main propulsion engines, and two generators, each of which was sized larger than necessary. The voyage plan stipulated a first leg to the east to gain sea room and to allow a turn farther east, or a turn west, as the track of the storm became better established.


All of the above provided the kind of margin of safety that we take for granted. It not only keeps us from sinking, but it keeps us from getting near that point. That separation is the cushion between us and disaster.


The rot that was discovered in the shipyard may have been significant, or it may not have been, compared to the overall strength of that massively built hull. But its existence, and the suspect nature of some of the seams, whittled away a little at the margin of safety.


On the voyage to New London, the bilge pumping system seemed not to be pumping at capacity, and it was difficult to keep the pumps primed. Furthermore, many of the crew were unfamiliar with the operation of the hydraulic-driven pumps, and apparently no one was familiar with the operation of the trash pump. Combined, these took a large bite out of her margin of safety.


The spare fuel filters that arrived turned out to be the wrong ones. In the end they seemed to work, but required careful attention to keep them from clogging. Another slice gone from the margin of safety.


The two engines and two generators may have run fine, had not the day tank’s sight glass broken and drained away their fuel. Unfortunately, all that spare engine capacity had a common link, and it broke. The margin of safety at this point was whittled down to a hair.


Still, they likely could have made it if only they had stuck to their original margin of safety in terms of intended track. Had they not been so close to the storm by the time the engines and generators failed, they might have given the Coast Guard time to deliver some pumps, or to repair their own equipment.


Much like the risk-assessment process, you must be able to assess and evaluate all the things that make up your margin of safety, and acknowledge each failure of equipment or loss of function that chips away at it. It is critical that they be viewed in sum, not in isolation. If each person is aware of one issue, but nobody puts all the issues together, no one will appreciate the seriousness of the situation. It is a proactive process, not a reactive one. You must build in safety margins deliberately, and recognize them when they fall away.


——◊——


As the ship was sailing from New London, a message was posted to the BOUNTY’s Facebook page: “BOUNTY has departed New London CT...Next Port of Call...St. Petersburg, Florida. BOUNTY will be sailing due East out to sea before heading South to avoid the brunt of Hurricane Sandy. Rest assured that the BOUNTY is safe and in very capable hands. BOUNTY’s current voyage is a calculated decision...NOT AT ALL... irresponsible or foolhardy as some have suggested. The fact of the matter is...A SHIP IS SAFER AT SEA THAN IN PORT!”



To Sea or Not to Sea?


It used to be an accepted standard that a ship was safer at sea than in port in the event of a severe storm. That is, in fact, still true. However, it used to be that the ship was more important to the owners than its crew was. Nowadays, our priority is to protect the crew first, and the ship second. This may require staying put even though the ship herself is threatened.


Still, it is an oversimplification to say that no one should leave port when there is severe weather in the forecast. There will be times when a ship is in an untenable situation in a poorly sheltered port, with no good alternatives within reach. When that is the case, everyone in the Bridge Team should be made aware of it from the time of arrival, so all can keep a weather eye out. Then when a storm is forecast, the decision can be made in time to permit a safe departure that will allow the ship to gain sufficient sea room to weather the storm with an adequate margin of safety. In that case, the ship will in fact be safely out to sea.


We can’t distill these decisions down to a simple checklist. They need to be made based on a weighting of risk versus necessity, and they require experience, maturity, and judgment. If the principles of Bridge Team Management and Risk Assessment are employed, the captain should be able to make an informed decision that balances the risk of sailing against the risk of staying put.


——◊——


By Sunday afternoon, the situation onboard was getting out of control. Something caused a sight glass on the day (fuel) tank to break, which in turn drained the fuel from the tank so the engines and generators ran out of fuel and died. Because they were diesel engines, their fuel systems must be bled before restarting, a tedious process on a good day, never mind in a 100-degree engineroom that was rolling heavily enough to upset even a strong stomach.


Bilgewater levels were rising steadily, and even though the second mate, through heroic efforts, managed to get a generator re-started, the pumps were clearly not keeping up. It wasn’t long before the rising bilgewater overtook the last running engine, and they were left without power. The chief mate suggested to the captain that it was time to make preparations to abandon ship, and after briefly resisting that idea, the captain did come to terms with the inevitable and ordered all hands to start donning survival suits and assembling on deck. A lingering question remains: Should that decision have been reached 6, 12, or 24 hours earlier?



Denial and Acceptance


An automobile accident happens so fast it’s probably over before you know it’s happening. If you wake up to find your house on fire, you don’t take long to figure out what’s going on. But a ship sinking at sea can be a slow process, and unless there is a catastrophic failure such as a major collision, you may be gradually overcome by events and it may be difficult to identify the moment when things have gotten out of hand.


They certainly did on BOUNTY. It’s particularly telling that no one, in testimony, talked about feeling fear. The disaster slowly caught up to them, and suddenly they were awash. In a situation like that you must accept the possibility that things are getting out of hand as early as possible. At sea, help is a very long way away, and the earlier you can give notice the better the odds will be for help to reach you.


It is human nature to deny that things are that bad. The consequences of acceptance are awful to comprehend, and so we shy away from it. To pick up the radio and call the Coast Guard tells your crew that they may end up in the water soon, that their lives may truly be in jeopardy, and that the ship you have known, loved, and nurtured for so long may be about to vanish forever. It also tells people on shore that their loved ones are in a life-threatening situation with no guarantee of a safe outcome. Who wants to make that call prematurely?


In hindsight, and in the classroom, it’s easy to know exactly when to take that step. But in the moment it can be very hard. The good news is that there is a mechanism to make it easier: the PAN-PAN urgent message format. These words, spoken on the VHF radio or sent by any other method, tell the recipient that you are in a difficult position, but not desperate yet. It allows you to get the attention of the people who can help without your having to declare a MAYDAY, which means that you are in a life-threatening situation right now. Having the PAN-PAN message option encourages you to get past the denial stage as early as possible and accept that you have a potentially dangerous situation on your hands. So alerted, help can be ready before it’s too late.


Onboard BOUNTY, there may have been some disagreement about making the first call to alert the Coast Guard. As before, it would have been useful to take a Bridge Team Management approach, and a Risk Assessment approach, to evaluating the situation. It is much easier for a single person to remain in denial (as it appears the captain may have been) longer than a group. If the team were assembled and polled for the state of their respective departments, the picture may have been clearer, earlier.


——◊——


The crew was finally instructed to muster on deck, don their survival suits, and prepare to abandon ship. Unfortunately, before an orderly abandonment could occur, the ship rolled heavily onto her side, throwing the crew variously into the water or onto the rig, which was now lying in the water.



Transition


It has been said many times that “the time to abandon ship is when you have to step up into the lifeboat.” Like most clever catchphrases, this one has its limitations, although it also has some merit. The idea is that you should never leave your ship until she is really, truly sinking because no matter how well equipped your lifeboat is, it isn’t as well equipped as your ship. There are, indeed, many tales of ships found drifting whose crews abandoned them, only to vanish with their lifeboats.


Unfortunately, one good phrase can’t fit all situations. On BOUNTY it suddenly became very clear that they should have abandoned ship a little earlier. You do need time for an orderly transition into your lifeboats or rafts. The way BOUNTY went down demonstrated all the problems that can accompany a last-minute transition.


BOUNTY lost stability as she filled, and finally rolled onto her side, throwing many of the crew into the water. Some who were still onboard became tangled in gear, and some were either tangled in or clinging to the spars that were now in the water. Unfortunately for them, the ship rolled partially upright again, dragging them up into the air. They were then forced to jump into water that was now filled with debris that was being violently tossed around by the breaking seas.


Among those who were thrown into the water, many were beaten with floating debris, or by blocks and other gear falling from the rig. Two crew members clipped their harness tethers together to keep from being separat-ed—seemingly a good idea. However, a heavy piece of the rig fell into the water between them, trapping them and dragging them down by their tethers. They were well underwater before one of them miraculously managed to free himself from his harness. The buoyancy of their survival suits was so strong that they were unable to release the clips on the ends of their tethers. A quick-release clip on the near body-end of a tether should be universal standard equipment. Curiously, it is a requirement on offshore racing yachts, but that detail has not yet made it into the mainstream of survival and harness technology.


With the ship on her side, the nettings that had been set up to keep crew from falling overboard now kept them from getting away. Several of the crew talked about feeling the suction of the water pouring into the ship; they had great difficulty swimming away from the ship because of it. Combine that with the general difficulty of swimming in an immersion suit, getting washed by breaking waves (making breathing difficult at best), and you have a terrible situation.


All of the above tells us that, in your abandon-ship drills, you should at least talk through all of these issues and plan where the best assembly point is on deck. Many drills have people muster amidships where the crew is most “protected.” But the BOUNTY’s lesson tells us that the well deck amidships may have been the most vulnerable spot because it left crew trapped between nettings and under a towering rig about to start falling down. In the BOUNTY’s case, with hindsight, the best muster point would have been as far aft as possible.

The salient point is not that one place is always better, but that the abandonment process should be thought through considering the type of vessel, rig, and rescue platform available. It could be different under different conditions.


When you consider the amount of chaos surrounding a capsized or flooded ship, especially a sailing ship, you must think about the amount of line and other gear floating on the surface on and around the ship. Many crew found themselves becoming tangled again and again while trying to get away from the ship, and even while trying to climb into the life rafts. This begs for the installation of a knife on the outside of a survival suit as part of the standard equipment. It should be a blunt-tipped knife to avoid injuries, but it should be sharp, with a serrated edge capable of swiftly cutting a person free of entanglements. Bear in mind that the knife must be of a size and shape that a person can use while wearing the survival suit gloves or mittens.


With a knife available, one could also solve another problem that cropped up when the crew was trying to board the rafts. Their suits were partially filled with water, which of course ran down to their feet when they tried to climb up, or were pulled up, into the raft. With a knife, one could slash the foot of the suit to drain the water out. Better yet, the suit could be manufactured with a drainage zipper in each foot.


——◊——


Very fortunately, the Coast Guard had been notified in time for them to fly a C-130 Search and Rescue aircraft to the scene, through darkness and hurricane-force winds, to monitor the situation and maintain a communication link. Even though they could not rescue the crew themselves, through a prearranged signal they were able to learn when the crew was finally thrown from the vessel and call for the rescue helicopters. The helicopter crews later stated that these were the worst conditions they had ever flown in.


Through truly heroic efforts and no small amount of good luck, these extraordinary people were able to fly to the scene and drop a rescue swimmer into that maelstrom to find and then lift the crew one-by-one to safety aboard two helicopters. Tragically, two BOUNTY crew members were missing, and as fuel on the helicopters was running low, the Coast Guard crews were forced to make that most difficult decision of all and leave the area to fly back to shore.


But they didn’t stop there. They came back out again as soon as possible and continued the search. They did manage to find one missing crew member, Claudene Christian, but she was pronounced dead on arrival ashore. The other missing person was Capt. Walbridge. He was last seen either on deck or at the navigation station, in a survival suit, but after two days of searching he was not found.

After


Finally, the crew was rescued and walking on dry land. It was not the end of the story. In many ways, it was just the beginning. There would be media attention, a U.S. Coast Guard hearing, post-traumatic stress, complicated group dynamics, and the terrible grief surrounding the loss of their captain and shipmate. The depth of their agony can only be understood by talking to the crew and seeing it in their eyes. They had lost, variously, a shipmate, a friend, a lover, a mentor, a father figure, and their captain. That loss would creep up on them and affect them in different ways, but it was universal.


The extreme difficulty of these first several days is difficult to imagine. The crew was, to varying degrees, traumatized, stunned, cold, wet, injured, sick, or just plain confused, and there were a lot of details that needed to be taken care of immediately. They needed rest, food, new clothes, identification, medical attention, cash, a place to stay for the short term, and travel arrangements after that. They also needed advice on dealing with the media and the flood of attention, wanted or unwanted.


To provide all of the above on very short notice, a vessel’s home office needs to be prepared, and that preparedness can only be achieved by having a carefully thought-out Crisis Response Plan. Such a plan will also guide the principals of the organization. Imagine being woken from a sound sleep with the news of such a terrible tragedy, and immediately being asked to provide a long list of information, such as: crew list, contact information for next of kin, insurance information, and a media plan. You will face that terrible task of calling the families of the crew, including perhaps telling parents that a son or daughter is dead or missing. You might be asked for stability information, the ship’s plans, an inventory of survival equipment and communications equipment, and vessel tracking data. The list goes on and on, and it may still be the middle of the night.


If you haven’t ever planned for this kind of event, and actually practiced it by conducting an emergency drill, you may be instantly overwhelmed and project to the world an image of disorganization and incompetence. That could shift the media’s attitude from one of sympathy to hostility very quickly, especially if in your groggy, panicky state you start saying things that don’t come across as professional.


It is important to understand that once the rescue is concluded and all the lives that can be saved have been saved, the function of the U.S. Coast Guard shifts from rescuer to investigator. The purpose of the investigation is a positive one, but it will be very strenuous nonetheless.


The Coast Guard conducted interviews within a day or two of the rescue to try to get as much of the story as possible written down correctly before memories faded. And memories do fade. They also get muddled with other information that might not actually be a memory. This can lead to embarrassing testimony when the hearings finally get underway, since it may appear that you are contradicting your own testimony. One of the crew stated at the beginning of her testimony (at the hearing) that “whatever I told you in that first interview will be much more accurate than anything I can remember today.” That is an excellent point to remember, both for the interviewer and the interviewee.


There is another point to remember: Stick to the facts. This applies to your comments to the Coast Guard, to the media, and to the lawyers. Don’t editorialize. Don’t give your opinions. If a sentence begins with “I think,” it’s probably not a good one. If it starts with “I saw,” or “I heard,” it’s better. Remember this: Whatever you think today will quite likely change by tomorrow. There are always at least two sides to every story, and over time you may come to realize that what you thought was not how it happened.


After an accident, some people always blame someone else, and others always blame themselves; most of the time they will both be wrong. Very few accidents have a single cause. If an investigation takes place, it will take time, but it will ferret out the whole story, to the extent possible. Keep your mind open; be prepared to learn that it didn’t actually happen the way you thought it did.


As much as you should keep your opinions to yourself, there is an exception. Sharing all your thoughts with someone who can understand what you’re talking about, and will keep it private, will help you cope with the emotional burden you are carrying. That might be a professional counselor, or it might be a close friend who knows something about the subject. If you think you are suffering from post-traumatic stress disorder, or if someone else tells you they think you are, you should talk to a counselor who specializes in that. PTSD is a serious condition, and the worst thing you can do is deny it. There are strategies for learning to cope with it.


There will be people who will criticize and perhaps condemn you, or someone close to you, for the accident. People are quick to jump to conclusions, and they are often encouraged by the media to do so. Somehow you need to steel yourself for that, and shelter yourself from it as best you can. Avoid getting drawn into the conversation. Remember, you don’t know the whole story, and they know almost none of it. That combination cannot possibly be productive.



Experience, Revisited


To the extent possible, we all must learn from the BOUNTY’s sinking. That is the point of a Coast Guard hearing. The lead investigator of the BOUNTY hearing started each day with a statement that the purpose of the hearing was to learn from the accident, to see what steps might be taken to prevent something like it from happening again.


The process of dissecting the accident to identify the various root causes is a painful one. It requires reliving the entire event several times while everyone tells their version of the story. It involves uncovering faults and failures in people you know and care about, including perhaps yourself. It’s inescapable that for a bad accident to happen, someone probably failed at something. It’s very rare for an accident to truly come down to an act of God, so prepare yourself for the inevitable and tell the whole story, including the failures, as you saw them. Don’t try to hide them. Let the process work. It will, in the long run, be a healing process. From all of that will come experience.

- See more at: http://www.woodenboat.com/lessons-bounty#sthash.7BMPa8UE.dpuf

piątek, 27 września 2013

Oracle Team USA z Pucharem Ameryki



Obrońcy biorą wszystko. Oracle Team USA zwycięża w America's Cup.

To był niezwykły zwrot akcji. Jeszcze tydzień temu, 18 września, Nowozelandczycy wygrali swój ósmy wyścig i wydawać by się mogło, że puchar mają w kieszeni. Kibice na całym świecie potrząsali z niedowierzaniem głowami obserwując niemoc Amerykanów względem szybszych Kiwis. Jednocześnie już szykowano się na huczną imprezę, a zarząd Emirates Team New Zealand sprowadził do San Francisco odrzutowiec, który miał zabrać zwycięską załogę z powrotem do domu. Wszystko było już oczywiste, a ostatni bieg miał być tylko formalnością (stan rywalizacji był
1:8). Stało się jednak inaczej, gdyż przeciwnik wcale nie zniknął, ale ciężko pracował i na przekór wszystkim postanowił spróbować raz jeszcze.

Można się spierać, czy Amerykanom pomógł trochę los, który w najczarniejszych momentach uśmiechał się do nich szeroko – a to wiało za mocno, by przeprowadzić wyścigi, a to zbyt słabo, by ukończyć bieg w ciągu 40 minut. Przekładane z dnia na dzień kolejne starty dały wystarczająco dużo czasu zdeterminowanej drużynie Oracle by odkryć na nowo ich katamaran, nauczyć się żeglować efektywniej i szybciej. Wystarczy spojrzeć na statystki wyścigów 1-10 oraz 11-19:

Wyścigi 1-10:
Średnia prędkość ETNZ: 33,64 kn
Średnia prędkość OTUSA: 33,56 kn

Wyścigi 11-19:
Średnia prędkość ETNZ: 29,47 kn
Średnia prędkość OTUSA: 30,54 kn

Amerykanie, oprócz prędkości, poprawili również technikę zwrotów, przy których w początkowych wyścigach tracili bardzo dużo prędkości w porównaniu do ETNZ. Na wyniki OTUSA z pewnością wpłynęła również zamiana głównego taktyka – 12 września odwołano Johna Kosteckiego i w jego miejsce powołano wielokrotnego złotego medalistę igrzysk Bena Ainslie. Po tygodniu od wdrożenia zmian widać było pierwsze rezultaty – Amerykanie zdecydowanie lepiej czytali wiatr i zamiary przeciwników oraz sprawnie reagowali na ich poczynania. Udała im się również rzecz niesłychana – doprowadzili te wielgachne katamarany do ślizgu z prędkością 30-32 węzłów na kursach ostrych. Mając zdeterminowanego skippera, który nigdy się nie poddał, doświadczoną załogę oraz niemal nielimitowane zasoby, Puchar Ameryki po prostu musiał pozostać w San Francisco.

– To był fantastyczny wyścig. Nie wyobrażam sobie, by mógł być pod jakimś względem lepszy – powiedział Jimmy Spithill, dwukrotny zdobywca Pucharu Ameryki. – Byliśmy daleko w tyle, ale chłopacy pokazali hart ducha. Każdy z osobna niewiele znaczy, ale tworząc drużynę taką jak ta, jest się wspaniałym. Przy wyniku 8:1 czuliśmy się jakbyśmy patrzyli prosto w wycelowaną w nas lufę pistoletu, a mimo to nikt nawet nie drgnął.

Cokolwiek by nie powiedzieć o wielkiej polityce towarzyszącej niemal od zawsze temu najstarszemu wydarzeniu sportowemu na świecie, jedno jest pewne – tegoroczny Puchar Ameryki długo pozostanie w naszej pamięci. Takich emocji i zwrotów akcji już dawno nie doświadczyliśmy. I w tym wszystkim szkoda tylko dzielnych Kiwis, którzy byli tak blisko, a jednocześnie tak daleko. Należą im się jednak wielkie słowa uznania, bo nie tylko pokonali innych pretendentów, ale i pokazali, że potrafią walczyć jak równy z równym.

niedziela, 15 września 2013

Clipper Race: Henri Lloyd clock 30.7 knots, the highest-ever race speed recorded in the event


Henri Lloyd, one of the fleet of a dozen, 70-foot Clipper boats taking part in the 2013-14 race, created history on Thursday by clocking 30.7 knots – the quickest speed ever recorded in the nine editions of the event.
The vessel was making its way to the west of Portugal on leg one of the race, which began in London earlier in September, en route to Brazil, over 5,000 nautical miles away.
Delighted crewmember Jo Morris, who was in charge when the pace was reached, said: "It was incredibly fast, I could feel it coming as the swell picked up the boat we had a huge amount of spray come over the deck so I couldn't see everything very clearly.
"We just shouted at everyone to hold on and I just let the boat glide down the wave and onto the next one. Definitely got the rest of the crew very excited, and I'm extremely happy to be the first to get the 70's over 30 knots. It's going to be amazing for those that break my record in the Southern Ocean."
Skipper Eric Holden added: "Huge congrats to Jo. The rest of the crew are now trying to convince him to sign up to more legs."We had sailed through the night on the heavy weight spinnaker and achieved what I thought was some very respectable speeds. In the morning we decided to drop the heavy weight as we were fast approaching the acceleration zone off Cape Finisterre. With the reduced sail plan I thought the speed records would be over and I went down below for some needed rest after a long night.

czwartek, 23 maja 2013

SAJ o projekcie rozporządzenia w sprawie rejestracji jachtów


Na stronie internetowej kpt. Kulińskiego czytamy: Bieg wsteczny to znak rozpoznawczy dzisiejszej biurokracji. Czytając projekty rozporządzeń ministerialnych, przysłuchując się dyskusjom konsultantów i porównywując to z "efektem końcowym", czyli gotowymi rozporządzeniami odnoszę wrażenie, że decydenci albo:

- nie czytają opinii konsultantów

- nie mogą się oprzeć sugestiom lobbystów

- za wszelką cenę poszukują argumentów  uzasadniajacych pozostawienie ich za biurkiem.

Oczywiście mogą tu występować też kombinacje łączone.

No bo na przykład jeżeli przy rejestracji łódki władza żąda numeru fabrycznego przyczepnego silniczka do łódki, to znaczy że albo nie ma pojącia o sprawie, albo demonstruje bardzo zła wolę (ignorując opinię fachowców). A do tego przypominam moje stare zawołanie - jezeli nie możesz sprawdzić wykonania wydanego polecenia, to się nie ośmieszaj i zamilcz.

Kolejny raz zamieszczm kopię kolejnego pisma Stowarzyszenia Armatorów Jachtowych do władz. Wielce Szanowna Władzo - przyjmijcie do wiadomosci, ze "liberatorom" wcale nie zależy, aby Was ośmieszyć. Służymy wiedzą i doświadczeniem dla publicznego pożytku. W tym naszym działaniu nie ma ani okruchu prywaty. Ja wiem - w dzisiejszych czasach trudno uwierzyć w czyjąś bezinteresowność. Spróbujcie jednak. To życzliwa rada starego.

Żyjcie wiecznie !

Don Jorge

------------------------

PS. A tak na marginesie: w latach głębokiego peerelu budowałem jacht "MILAGRO V" pod nadzorem PRS. Przekrecono  mnie między innymi przez wyżymaczkę atestów laminatu, Świadectwa Pomiarowego, Świadectwa Klasy, Certyfikatu Okretowego ( Izba Morska), Karty Bezpieczeństwa (Urząd Morski), ale nikt ode mnie nie ządał numeru fabrycznego stacjonarnego silnika Volvo Penta MD6A. I tak na marginesie marginesu - ten silnik o dziwo nie miał żadnego numeru fabrycznego :-) W fabryce albo zapomnieli, albo uznali za zbyteczny :-)

--------------------------------------------






                                                                                                                                                                                Gdańsk, 22 maja 2013
Szanowny Pan
Maciej Jankowski
Podsekretarz Stanu

Ministerstwo Transportu, Budownictwa
i Gospodarki Morskiej
Ul. Chałubińskiego 4/6
00-928 Warszawa

Dot.: DP2c-020-74/13


Szanowny Panie Ministrze!

Rada Armatorska Stowarzyszenia Armatorów Jachtowych pozwala sobie powrócić do projektu rozporządzenia Ministra Transportu budownictwa i Gospodarki Morskiej w sprawie trybu rejestracji statków używanych na wodach śródlądowych do uprawiania sportu lub rekreacji, który opiniowaliśmy naszym pismem z 7 marca br. Ogłoszony przy piśmie o znaku jak wyżej projekt z 8 maja, aczkolwiek poprawiony nie uwzględnia kilka istotnych spraw.

1. SAJ uważa za całkowicie niezrozumiałe utrzymywanie w projekcie wymogu zgłaszania podczas rejestracji jachtów żaglowych szczegółowych danych dotyczących marki, mocy i numeru seryjnego silnika pomocniczego (§ 2 ust.1 pkt 9). Wymiana typowego pomocniczego silnika przyczepnego na jachcie żaglowym zajmuje kilka minut. Wymogu podawania numeru seryjnego silnika nie przewidują nawet restrykcyjne przepisy dotyczące rejestracji pojazdów samochodowych.

Podobnie - pozostaje całkowicie niezrozumiałe dlaczego armator jachtu żaglowego zgłaszanego do rejestracji ma być formalnie obligowany do podawania typu oraz powierzchni pomiarowej ożaglowania (§ 2 ust.1 pkt10) . Żagle ulegają zużyciu, wymianie, podobnie takielunek. Samo rozporządzenie nie podaje definicji "powierzchni pomiarowej".

Oba wymienione wyżej wymogi obarczone są dodatkowo koniecznością informowania organu rejestracyjnego o każdej zmianie - silnika, powierzchni żagli lub typu ożaglowania (§ 11). Rodzi to konieczność nowych zapisów (i ich opłacenia) w dokumencie rejestracyjnym - po każdej takiej zmianie. Już w poprzednio obowiązującym rozporządzeniu był to przepis permanentnie pomijany, z oczywistą szkodą dla powagi stanowionego prawa.

Nie widzimy żadnego związku stosowania takich ścisłych, biurokratycznych wymogów z bezpieczeństwem żeglugi - którego zachowanie stanowi główną wskazówkę, zawartą w delegacji ustawowej do wydania omawianego rozporządzenia. Uważamy, że całkowicie wystarczającym rozwiązaniem byłaby ograniczenie danych rejestrowych do zadeklarowania przez armatora jachtu żaglowego możliwości posiadania napędu pomocniczego na zgłaszanej do rejestracji jednostce.

2. SAJ uznaje za zupełnie niezrozumiałe, że projekt uzależnia sposób nadawania numeru rejestracyjnego od "siedziby organu rejestrowego" (§ 15 ust. 2). Ustawa o żegludze śródlądowej przewiduje istnienie jedynie dwu organów rejestrowych (Art.19 ust.2). Organami rejestrowymi są właściwe polskie związki sportowe, o których mowa w ustawie z dnia 25 czerwca 2010 r. o sporcie (Dz. U. Nr 127, poz. 857). Oba określone ustawą właściwe polskie związki sportowe mają swoje siedziby w Warszawie.

Obawiamy się, że wprowadzając niespójny z ustawą o żegludze śródlądowej zapis o szesnastu różnych "siedzibach organów rejestrowych", projekt rozporządzenia usankcjonuje utrwalanie faktycznego funkcjonowania kilkunastu odrębnych quasi-organów, których rolę pełniły za rządów poprzedniego rozporządzenia Okręgowe Związki Żeglarskie. Tymczasem te stowarzyszenia sportowe nie są polskimi związkami sportowymi, o których mowa w ustawie z dnia 25 czerwca 2010 r. o sporcie (Dz. U. Nr 127, poz. 857).

Za rządów poprzedniego rozporządzenia niektóre z tych stowarzyszeń stosowały własne "interpretacje" przepisów podczas rejestracji jachtów śródlądowych. Przykładem takich nieuprawnionych interpretacji, były próby uzależniania rejestracji jachtów od dokonania odpłatnego "przeglądu technicznego", wykonywanego najczęściej przez osoby związane z tymi organizacjami. Tymczasem ustawa o żegludze śródlądowej wobec jednostek o mocy maszyn poniżej 75kW nie przewiduje konieczności dokonywania przeglądów technicznych ani konieczności uzyskiwania świadectw zdolności żeglugowej.

Niezrozumiałe jest również, dlaczego omawiany projekt uzależnia nadawanie numerów rejestracyjnych od "siedziby organów rejestrowych" jedynie w przypadku śródlądowych jachtów żaglowych - przyjmując jednocześnie jednolitą numerację dla śródlądowych  jachtów motorowych, dla których ustawa, tak samo jak w przypadku jachtów żaglowych, określa jeden organ rejestrowy, posiadający jedeną siedzibę.

Mamy nadzieję, że poruszenie obu kwestii okaże się pomocne dla Ministerstwa w toku końcowych prac nad projektem


Z wyrazami szacunku

( - )  j. k. ż. w. Andrzej Remiszewski
Prezes SAJ

wtorek, 14 maja 2013

bez patentu


Jak powiedzieć pół prawdy, żeby starczyła za całe kłamstwo? Informatorzy “Rzeczypospolitej” tak wysmażyli medialny pasztet, że pół Polski współczuje biednym nowym żeglarzom i motorowodniakom, którzy nie mogą legalnie pływać z powodu... braku patentów! Ale to nieprawda!

“Rzeczpospolita” podała, że przez niechlujstwo urzędników w Polsce nie można zrobić uprawnień żeglarskich i motorowodnych, bo ministerstwa sportu i transportu, odpowiedzialne za rozporządzenie, które umożliwiałoby przeprowadzanie egzaminów patentowych, nie wydały go, chociaż stare przepisy wygasły już w październiku 2012 r. W efekcie Polski Związek Żeglarski oraz Polski Związek Motorowodny i Narciarstwa Wodnego nie mogą egzaminować na patenty. "Tysiące ludzi, którzy co roku w okresie przedwakacyjnym chcą zdobyć uprawnienia wodne, są w kropce. Podobnie jak tysiące małych firm, które zajmują się szkoleniem przyszłych żeglarzy.” Taką wiadomość podały dziś za wspomnianym dziennikiem m.in. główne internetowe portale informacyjne...
Sugestia, wynikająca z owego tekstu jest prosta: nie będzie patentów, nie da się w bieżącym sezonie legalnie pływać... Otóż – bzdura! Tak to jest, gdy ktoś nie zna żeglarskich realiów w Polsce, a te jak widać dziennikarzom wspomnianego dziennika i powtarzającym za nimi jak papugi redaktorom portali znane nie są... Przykładowo – na polskim śródlądziu każdy dorosły może prowadzić bez patentu jacht żaglowy o długości do 7,5 m po pokładzie i jacht motorowy do mocy silnika 10 kW (jednostki przeznaczone do turystyki i rekreacji). Nie wymaga też posiadania patentu uprawianie turystyki wodnej na jachtach motorowych o mocy silnika do 75 kW i o długości kadłuba do 13 m, których prędkość maksymalna ograniczona jest konstrukcyjnie do 15 km/h, czyli tzw. houseboatach. I nikt nie zabrania nikomu zrobienia kursu żeglarskiego, by posiąść umiejętność sprawnego żeglowania, a nie tylko patent. Przypominam – papier kiepsko pływa... I tak na wydanie dokumentu czeka się u nas czasem kilka tygodni (redakcja otrzymuje informacje o długim oczekiwaniu na wydanie stosownych dokumentów). Tak więc dla typowego kandydata na żeglarza wystarczy kurs i zaświadczenie o jego pomyślnym zakończeniu, które w przyszłości zamieni na stosowny dokument. A żeglować może od zaraz – typowe jachty w mazurskich czarterowniach często mają poniżej 7,5 m, by móc służyć żeglarzom bezpatentowym...

Znów obudziły się urzędnicze demony medialne monopolistycznych w wydawaniu wodniackich “prawek” związkach i doniosły do antyrządowo nastawionych mediów półprawdę (bo rozporządzenie trzeba wydać!), która po opisaniu przez niepatentowanych i bezkrytycznych wobec źródeł żurnalistów jest pełnym kłamstwem. Otóż oświadczamy – w Polsce można legalnie żeglować nawet bez patentu! Bo w żeglowaniu chodzi o praktyczną umiejętność, a nie o dokument! Piszemy o tym w “Żaglach” od lat...

żródło: www.zagle.com.pl

poniedziałek, 13 maja 2013

Sopot, Gdynia: Ćwiczenia ratownicze RATMAZ 2013. Pożar w hotelu i na statku


W weekend w Sopocie i Gdyni odbyła się trzecia edycja manewrów ratowniczych RATMAZ 2013, dedykowanych ratownikom z organizacji pozarządowych, a także zawodowcom - straży pożarnej i policji.

W sobotę przy sopockim molu na cumującej tu jednostce pływającej "Zodiak" wybuchł pożar, a w akcji ratowniczej uczestniczył m.in. śmigłowiec "Anakonda". Natomiast w godzinach wieczornych ogień trawił jeden z opuszczonych hoteli w Gdyni Orłowie.


Natomiast w niedzielę, także na sopockim molu, wybuchł agregat z prądem.


Najbardziej widowiskowym zadaniem okazał się pożar statku. Mało kto, ze spacerujących po molu, miał świadomość, że to tylko symulacja.




Źródło:

www.dziennikbaltycki.pl

wtorek, 23 kwietnia 2013

30 lat „Daru Młodzieży"


Jubileuszowy rejs na jednym z najszybszych żaglowców świata
Królestwo Król
a Artura
Król Artur zaimponował mi swoim kunsztem zaledwie kilka chwil po tym, gdy rzucono wszystko na dziobie i rufie. Zanim zamilkły pożegnalne okrzyki, zanim fregata zdołała się oddalić od nabrzeża, zanim na dobre ruszyliśmy w podróż...
Podczas trudnego manewru odchodzenia od nabrzeża pękł hol rufowy. Przez moment burta „Daru Młodzieży" znalazła się niebezpiecznie blisko innych jednostek cumujących przy Wałach Chrobrego w Szczecinie. Wyglądało to trochę tak, jakby „Dar" chciał się przykleić z powrotem do kei. Wtedy właśnie Król Artur z kamienną twarzą i absolutnym spokojem wydawał kolejne komendy. Wkrótce fregata dostojnie i leniwie oderwała się od kei i ruszyła w jubileuszowy niezwykły rejs.
Historia lubi się powtarzać
Cofnijmy zegar o 30 lat. Jest sobota, 10 lipca 1982 roku. Pod burtę szykującego się do wyjścia w morze „Daru Młodzieży" ściągają tłumy gdynian i wczasowiczów. Sezon jest w pełni, a lato wyjątkowo upalne. Żaglowiec pod dowództwem Tadeusza Olechnowicza wyrusza w dziewiczy rejs. Na Bałtyk, w cieśniny duńskie i na Morze Północne. Daniel Duda i Zbigniew Urbanyi w książce „Trzeci w wielkiej sztafecie" pisali: „O godzinie 10.09 zaczyna się trudna sztuka odciągnięcia »Daru Młodzieży« od kei. Wiemy, że ten żaglowiec bardzo niechętnie przesuwa się bokiem. Jest tak uparty, jakby nie chciał w ogóle opuszczać Gdyni, albowiem o godzinie 10.15 pękł jeden hol dziobowy. Drugi hol trzyma mocno i po chwili statek prezentuje się tłumom ze środka basenu portowego".
30 lat później na starcie do jubileuszowej wyprawy (sobota, 19 maja), „Darem Młodzieży" dowodzi nasz Król Artur, czyli Artur Król – uczeń kapitana Leszka Wiktorowicza, wieloletniego komendanta fregaty, który poprowadził żaglowiec w rejsie dookoła świata, wokół przylądka Horn i przez ryczące czterdziestki. Na nabrzeżu tym razem nie ma tłumów, ale wśród podziwiających żaglowiec znajduje się spora gromadka znajomych i przyjaciół. Są dzieciaki i dziewczyny machające swoim bliskim na pożegnanie, a także sporo przypadkowych osób. Na pokładzie oprócz 32 członków stałej załogi i 25 uczniów Technikum Morskiego w Szczecinie znajduje się grupa 120 dziennikarzy. Zerwany hol, tak jak przed trzydziestu laty, nie popsuł ani odejścia od nabrzeża, ani wyprawy.
Plac Kaszubski i Camelot
„Dar Młodzieży", czwarty na świecie żaglowiec pod względem wielkości, to wyjątkowa fregata. Nie jest zwykłą kombinacją stali, płótna i lin. Ma w sobie nieuchwytną magię i ducha słynnych poprzedników: nie istniejącego już „Lwowa" i stojącego od trzydziestu lat przy gdyńskim nabrzeżu sędziwego „Daru Pomorza", który w 2009 roku świętował 100. rocznicę wodowania.
Mamy na „Darze" plac Kaszubski, nazwany tak na cześć centralnego placu w Gdyni. Jest to duża wolna przestrzeń pod pokładem, miejsce, gdzie zwykle obiera się ziemniaki. Do tego zadania zawsze przystępuje spora grupa załogantów – dwadzieścia lub nawet trzydzieści osób. Chętnych nigdy nie brakuje, ale gdyby kiedyś zabrakło, zawsze można wyznaczyć kilka osób na ochotnika. Podczas jubileuszowego rejsu plac Kaszubski otrzymał własną tabliczkę ze stosowną nazwą. Od tej chwili każdy, kto kiedykolwiek odwiedzi żaglowiec, od razu zorientuje się, gdzie to jest. Podczas uroczystości odsłonięcia tabliczki nie zabrakło daru dla Króla Artura – na drzwiach kabiny kapitana zawieszona została tabliczka z napisem „Camelot". Artur Król zasłużył sobie na takie wyróżnienie nie tylko z powodu nazwiska.
Łaskawy Bałtyk
Bywają żaglowce dobre i złe, pechowe i szczęśliwe, nawietrzne i zawietrzne, zwrotne lub leniwe, miękkie albo twarde. Zygmunt Choreń, główny projektant „Daru Młodzieży", to światowy autorytet w dziedzinie żaglowców. Ale chyba nawet on nie mógł przewidzieć, jak będą się sprawowały na wietrze wszystkie maszty i reje, salingi, pajęczyna takielunku stałego i ruchomego, wanty i sztagi, wszystkie szoty, brasy, gejtawy i gordingi. Zapewniam was, „Dar Młodzieży" zachowuje się na morzu fantastycznie. Podczas naszego rejsu do Oslo warunki były wyjątkowo przyjazne. Bałtyk przyjął nas słońcem i wiatrem dochodzącym w porywach do sześciu stopni Beauforta. Sporą część trasy udało nam się pokonać pod żaglami. Nawet gdy wiało w twarz, morze było gładkie jak stół, a fregata mknęła po fali ze średnią prędkością od 7 do 8 węzłów. Niekiedy jechaliśmy powyżej 10 węzłów. Dzięki sprzyjającym wiatrom i niezłym przebiegom, wszędzie byliśmy przed czasem, co pozwalało na wciśnięcie w napięty plan dodatkowych atrakcji.
Kapitan Artur Król wyraźnie lubi, gdy żaglowiec płynie pchany wiatrem. W trakcie dziewięciu dni rejsu przez kilkadziesiąt godzin fregata pyszniła się niemal wszystkimi żaglami. Jeśli jeszcze nie zdarzyło wam się tańczyć pod gwiazdami i rozpostartymi nad głową żaglami, to uwierzcie, że tak właśnie wgląda żeglarskie szczęście.
Labirynty i tajemnice „Daru Młodzieży"
Sto metrów po pokładzie, dwa poziomy pod pokładem, na dziobie mesa załogowa, na rufie mesa oficerska, na prawej burcie kubryki dla pań, a na lewej dla panów. Łazienki i toalety na niższym poziomie. Jeśli myślicie, że nie sposób zgubić się na „Darze Młodzieży", jesteście w błędzie. Wystarczy wyjść spod prysznica i skręcić w niewłaściwą stronę, a wyląduje się przed wejściem do pomieszczenia sąsiadów.
Kubryki to miejsca mieszkalne i przestrzeń życiowa dla 150 osób. Na „Darze Młodzieży" mamy kubryki dziesięcio- i dwudziestoosobowe. Bywalcy mają swoje ulubione kubryki i ulubione koje. Niektóre mają nawet swoje nazwy, znane jedynie wtajemniczonym. Jedne miejsca są ciche, poukładane i tak bezpieczne, że aż ciut nudne. W innych ciągle coś się dzieje, gwary i śmiechy nie milkną prawie nigdy – nawet gdy kubryk zamieszkują załoganci starsi niż sam żaglowiec. Mało kto wie, że zanim przyjęto taką aranżację wnętrza, wśród twórców i projektantów fregaty trwała ostra dyskusja. Była to wojna o tradycję pod tytułem: hamaki czy koje (na „Darze Pomorza" studenci spali w hamakach zawieszonych w jednym pomieszczeniu). Owa dyskusja toczyła się przez wiele miesięcy, począwszy od lipca 1978 roku, czyli od chwili, gdy powstał projekt nowego żaglowca. Ustalono wtedy, że „Dar Pomorza" będzie gładkopokładową fregatą o długości całkowitej 105,4 metra (z bukszprytem), o zanurzeniu sześciu metrów i masztach o wysokości: fokmaszt i grotmaszt – 49 metrów, stermaszt – 40 metrów. Statek ma aż 26 żagli, w tym 14 rejowych, jeden gaflowy, 11 żagli trójkątnych (wraz z lataczem). Razem to 3015 metrów kwadratowych powierzchni. Można tym przykryć niejedno boisko piłkarskie.
Na żaglowcu z opresji zdrowotnych ratuje załogantów pielęgniarka, a w cięższych sytuacjach – lekarz. Mamy telewizor w mesie i pokoju klubowym. Ciepłą wodę pod prysznicem. Dwa silniki spalinowe Cegielski-Sulzer po 750 KM każdy i śrubę napędową nastawną. Fregata rozwija bez żagli prędkość ponad 12 węzłów. Ale chief engineer i jego współpracownicy dbają także o wiele innych urządzeń. Dzięki nim pracują zamrażarki i chłodnie, działa klimatyzacja oraz mnóstwo innych urządzeń, o których na co dzień nie chce nam się nawet myśleć. Dopiero gdy coś odmówi posłuszeństwa, biegniemy z problemem do mechanika. Najnowszą chlubą Jarosława Dąbrowskiego, głównego mechanika na „Darze", jest odsalarka, znakomicie działające urządzenie polskiej produkcji. Dzięki tej zdobyczy zamontowanej w schludnej, pomalowanej na biało i zielono maszynowni, mogliśmy się kąpać bez ograniczeń, więc z jubileuszowego rejsu wróciłam nie tylko szczęśliwa, ale też czysta. Po prostu niebywałe.
W stolicy wikingów
Już około 60 mil przed wejściem do Oslo na pokładzie pojawił się pilot. Pod jego czujnym okiem żaglowiec wprowadzony został w głąb fiordu, nad którym rozłożyła się stolica wikingów. Cumujący przy nabrzeżu „Christian Radich", szkolny żaglowiec Norweskiej Marynarki Handlowej, z charakterystycznym galionem ubranym w niebieską suknię kobiety, do momentu wpłynięcia polskiej fregaty był niewątpliwie najpiękniejszym i najokazalszym żaglowcem w całym porcie. Ten urodziwy jacht zbudowany w latach 30. XX wieku, znany jest z filmów i ma na koncie wiele żeglarskich sukcesów. Jednak przy „Darze Młodzieży" wdzięk norweskiego żaglowca przybladł.

Zgodnie z tradycją, cumujący w Oslo zaledwie przez dobę polski żaglowiec został na kilka godzin udostępniony zwiedzającym. A my ruszyliśmy w tym czasie do miasta, by podziwiać fantastycznie zachowane łodzie wikingów, niezwykłą tratwę „Kon-Tiki" i sławny z wypraw do Arktyki i Antarktyki statek „Fram". Żaglowiec przystosowany do podróży wśród lodowych pól zrobił na nas wrażenie nie mniejsze niż temperatura w Oslo przekraczająca w maju tego roku 30 stopni Celsjusza. Tak przyjazna aura wiosną na dalekiej północy i spory zapas czasu sprawiły, że kapitan postanowił sprawić załodze niespodziankę. Po oddaniu cum i pożegnaniu norweskiej stolicy „Dar Młodzieży" pokonał kilkadziesiąt mil na silniku, a potem rzucono kotwicę i niesforna brać dziennikarska zesłana została w szalupach ratunkowych na piknik na urokliwym skalistym brzegu. Była to okazja, by sprawdzić naszą karność. Dzięki „zesłaniu" mogliśmy sycić się do woli fantastyczną dziką przyrodą i podziwiać najpiękniejszą fregatę w promieniach zachodzącego słońca.

A skoro już o sytości mowa... Każdy potwierdzi, najlepsze jedzenie jest u mamy, a jeszcze lepsze tylko na „Darze Młodzieży". Cztery posiłki dziennie, chleb prosto z pieca, zupy, przystawki, kompociki, desery, nocne porcje. Ten tatar przy świetle księżyca, pomidorówka łagodnie falująca na talerzu, wędzone ryby i ciepłe drożdżówki – panowie kucharze, czapki z głów! Obieranie ziemniaków do waszych dzieł sztuki kulinarnej to prawdziwa frajda.
Katarzyna Skorska, Polskie Radio
Fot. S.Dynek